..
Ósmy kontynent czyli rzecz o jaskiniach

13 | 11352
 
 
2013-10-09
Odsłon: 769
 

Letni obóz tatrzański

 Tarty… przed obozem, na samą myśl przechodziły mi ciarki. Odwiedzone przeze mnie 2 razy w życiu – ostatni raz jakieś 6 lat temu. Klubowicze mówili jak to jest strasznie w tych jaskiniach, jakie są wielkie, jakie długie i męczące podejścia. Informacje (a właściwie ploteczki) o jednym z instruktorów dodawały tylko mroczności całemu czekającemu nas obozowi. Emek – przedstawiany jako tyran, za którym kursanci muszą biegać z wywalonym językiem. To chyba z tego całego stresu rozchorowałam się tuż przed wyjazdem.

Przyjechaliśmy w piątek całkiem sporą ekipą. Reszta dojechała w sobotę. Jako, że dosyć późno zawitaliśmy u Pani Galicowej, szybko zniknęliśmy w otchłani naszych cieplutkich śpiworków. Rano zaplanowaliśmy rozgrzewkowy spacer – Kasprowy Wierch. Popołudniem, przypadkowo poznaliśmy naszego „strasznego” instruktora:

My (między sobą): jutro pewnie pójdziemy do Śpiących Rycerzy…

Jakiś facet stojący przy kuchence: Raczej nie, pewnie pójdziecie do Kasprowych.

My: Oj, na początek pewnie będzie coś łatwego.

Emek: Zaufajcie mi, będą Kasprowe. Wiem, bo to między innymi ze mną będziecie chodzić.

Tak o to poznaliśmy pierwszego instruktora, drugiego znaliśmy już wcześniej z wyjazdów i ćwiczeń kursowych. Wieczorem, gdy zjechała się już reszta ekipy, ustaliliśmy szczegóły wyjścia i zapakowaliśmy „ogromne” ilości potrzebnej liny i metalu. Następnego dnia wyruszyliśmy o 7, aby w Kuźnicach zaparkować w dogodnym (nie płatnym!) miejscu. Podejście do Kasprowych nie jest zbyt wymagające, jednak jak na pierwszy dzień trochę się zmęczyliśmy. Wraz z Idą dzielnie, przez całą drogę, obstawiałyśmy tyły.

Podzieliliśmy się na dwie grupy – z Bartkiem szedł Mariusz, Ida, Adam i Pani Taternik (Magda). Moja – Emek, Agata, Żaku oraz gościnnie Wiktor - dostała na pierwszy ogień Kasprową Wyżnią. W kombinezonie i wnętrzu 200 ze wzmocnieniami wszędzie gdzie się da (zmarzluch ze mnie) ruszyłam w stronę otworu. Te kilka minut podejścia w pełnym rynsztunku sprawiło, że jeszcze przyjemniej wchodziło mi się do mojej pierwszej, tatrzańskiej dziury. Zjazd, wspin, zjazd i koniec, szybko poszło. To przejście (a właściwie pół przejścia) było tak męczące, że potrzebowaliśmy przerwy na… topografię. To jest to co kursanci lubią najbardziej – jak Puchatek miodek. Mapa w dłoń i zaczynamy zabawę w „Zgaduj zgadula”. Początkowo mieszały nam się wszystkie nazwy. Instruktor, nie zmartwiony tym faktem, nawijał dalej – Myślenickie Turnie, Kondracka Przełęcz, Goryczkowa Czuba. Po tej ciągnącej się w nieskończoność lekcji, w pamięci pozostała mi jedna nazwa, którą zdążyłam zapomnieć zaraz po powrocie na bazę. Koniec przerwy, czas na Kasprową Średnią. Muszę przyznać, że była świetnie zaporęczowana przez… ah, precz ze skromnością – przeze mnie J. Nareszcie! Pierwsza przeszkoda na drodze do naszej upragnionej karty pokonana. Jeszcze tylko doczłapać się do tego samochodu, który jak na złość chyba się przesunął dalej niż go zaparkowaliśmy.

Drugiego dnia poznaliśmy obrzydliwie długi kilometr w Dolinie Kościeliskiej (niektórzy zwą go nieco wulgarniej) wśród owiec, juhasów i tłumów turystów. Przygotowani na wyjście do Pod Wantą i do Wielkiej Litworowej, z wypakowanymi po brzegi plecakami, wyglądaliśmy dosyć nietypowo. Pierwszym przystankiem na drodze do planowanych jaskiń był Przysłop Miętusi, gdzie poznaliśmy kilka kolejnych nazw związanych z otaczającym nas górotworem. Kolejny topograficzny przystanek – Kobylarz. Tylko ze słyszenia wiedzieliśmy co nas czeka dalej. Wędrówka przez Kobylarzowy Żleb bije wszystkie moje dotychczasowe wspomnienia z gór na głowę. Zapada cholernie w pamięć – przepiękne skały, niesamowite widoki, , litry wypitych płynów i to wywołujące łzy w oczach trawiaste wypłaszczenie na koniec. Brzmi to pewnie zwyczajnie i nieco tkliwie, jednak tylko do momentu, gdy nie poczuje się tego na własnym ciele i nie zobaczy na własne oczy.

W końcu dotarliśmy do jaskini Pod Wantą. Zajęło nam to jedynie 4h. Księżniczka (taką ksywę otrzymała Agatka) rozpoczęła swoją długą przygodę z poręczowaniem. Za nią poszedł Emek, Lotnik (SŚ), Żaku i na końcu ja. Zjeżdżało się bardzo przyjemnie, wychodziło nieco gorzej. Po pokonaniu dziury postanowiliśmy zanieść swoje rzeczy pod planowaną na następny dzień Wielką Litworową.

Po tych 2 dniach spędzonych w górach, dostaliśmy nieprzyjemnego, deszczowego kopniaka od matki natury, który zdecydowanie nie motywował do działania i jakichkolwiek wędrówek (chociaż  z drugiej strony - mogliśmy trochę odpocząć). Lało cały dzień, nasze planowane wyjście zostało przełożone na kolejny. W ten sposób dzień 3 minął nam na błogim lenistwie i odpoczynku.

Czas wrócić do rzeczywistości. Czwartego dnia, za oknem zalotnie uśmiechało się do nas słońce, a w oddali widać było góry pokryte śniegiem. Gdzie indziej moglibyśmy ruszyć, jak nie w ich stronę? Całe szczęście, że tego dnia szliśmy na pusto. Na początek czekał nas godzinny spacer z panem Jankiem z TPN, który przekazał nam wiele naprawdę ciekawych informacji o Tatrach. Po wycieczce ruszyliśmy w stronę znanego już nam Przysłopu Miętusiego. Od Skoruśniaka aż po Wielką Litworową mieliśmy przyjemność obcować z wszystkimi porami roku - obóz letni, data prawie jesienna, pogoda zimowa a nastroje iście wiosenne. W dziurze okazało się być cieplej niż na zewnątrz.

Jako, że między grupami wytworzyła się nieformalna rywalizacja, Żaku podjął się poręczowania i miał zamiar zrobić to szybciej niż dnia poprzedniego Mariusz z Adamem. Dostaliśmy od Emka 2h na dojście do Sali pod Płytowcem. Przed nami było 208m deniwelacji. Chyba dla każdego z nas był to rekord głębokości. Zjechanie na dół poszło nam naprawdę sprawnie, ostatnia osoba stanęła we wspomnianej wcześniej sali dokładnie 1h58min po rozpoczęciu akcji. Od razu Żaku rozpoczął swoją drogę powrotną, za nim ja. Uczyliśmy się taktyki deporęczowania - kto na kogo i gdzie czeka, kto bierze wory, kiedy, gdzie i komu je przekazuje. Dzięki tej lekcji akcja poszła bardzo sprawnie. Po 5h byliśmy wszyscy z powrotem pod otworem. Szkoda tylko, że przebieranie się po akcji nie należało do naszych mocnych stron, bo ekipa z Pod Wantą właśnie wyruszała w stronę bazy.

Plan na dzień piąty – Czarna. Uśmiechy na twarzach, bo w końcu mówią (i z mapy wynika) że to niedaleko. Niedaleko, ale jak stromo! Poręczowaniem wlotówki zajął się przygarnięty przez naszą grupę Lotnik ze Speleoklubu Świętokrzyskiego. Na początek długi zjazd, potem wspin w moim wykonaniu, aby dostać się do partii Techuby. Tam byliśmy w najniższym punkcie jaskini. Obeszliśmy sporą ilość małych korytarzyków i długich pochylni, wykorzystując nielubiane przez niektórych techniki nielinowe. Po wyjściu z wspomnianych wcześniej partii Agatka rozpoczęła wspinaczkę w stronę otworu nr 2. Na koniec zjazd na powierzchni po skale i już byliśmy z powrotem przy naszych plecakach. Poszło nam tak szybko, że zdążyliśmy jeszcze na obiad do Józefa.

Ostatni dzień I turnusu spędziliśmy na wycieczce bardziej topograficznej niż wyjściu jaskiniowym (choć jaskinia też była). Zaatakowały nas ogromne ilości nowych nazw na drodze do Koprowej Studni, a my z zaciśniętymi zębami staraliśmy się je zapamiętać.
Poręczowanie jaskini przypadło w zaszczycie mi. Nie była to najlepiej obita jaskinia jaką widziałam, do tego w jej połowie zalegała spora ilość śniegu i musieliśmy zjechać inną drogą, gdzie niespodziewanie potrzebna była plakietka. Wysokość, na jakiej znajdowała się jaskinia sprawiła, że ograniczyliśmy ilość zabieranego sprzętu do minimum, w związku z czym nie mieliśmy nadmiarowych plakietek. Dzięki temu jednak mieliśmy okazję zakosztować improwizacji jaskiniowych w wykonaniu naszego instruktora. Podczas zejścia Magda została zaatakowana przez Żaka kamieniem i oberwała w bark, dlatego zdecydowała że w połowie jaskini wychodzi na powierzchnię. Na dnie, zanim wszyscy zeszli zdążyliśmy mocno zmarznąć, a na dodatek Agatka próbowała otruć uczulonego na paprykę instruktora, częstując go kanapeczką. Na szczęście wszyscy przeżyli to przejście, nawet Agatka, choć od Emka biła chęć uduszenia jej.

Tatry… cóż mogę powiedzieć – nie było tak źle. Powiem więcej, było świetnie! Zakochałam się co najmniej kilkukrotnie podczas tego obozu. Moją największą, prawdziwą miłością pozostanie jednak Kobylarzowy Żleb. Nie mogę przysiąc mu wierności, ale obiecuję że wrócę, wrócę na pewno. Wtedy będą łzy szczęścia, rumieńce, zadyszka… będziemy wspominać nasze pierwsze spotkanie – letni obóz taternictwa jaskiniowego SCW.

Autor: Ola Szczęsna

 

 
KOMENTARZE
 
Nick *:
 k
Twoja opinia *:
 
ZAPISZ
 


Archiwum wpisów
 

Pn

Wt

Sr

Czw

Pt

So

Nd